Wycieczka szlakiem krasnali: kulinarny spacer po Wrocławiu

Zapraszamy na wycieczkę. Ale nie będzie to zwykła wycieczka – nie dość, że w jej trakcie odwiedzimy pokaźną liczbę wrocławskich krasnoludków, to jeszcze każdy z nich poczęstuje nas pyszną strawą lub napitkiem. Kulinarny spacer szlakiem krasnali czas zacząć!

Naszą kulinarną podróż szlakiem wrocławskich krasnali rozpoczynamy na ul. Kuźniczej, tuż przy Rynku. To tam od dobrych paru lat urzęduje Pierożnik, który przycupnął obok lokalu gastronomicznego STP.

To pierwszy smakosz w krasnoludkowej rodzinie, a imię zawdzięcza swojemu ulubionemu przysmakowi, czyli bogato okraszonym cebulką pierogom ruskim. Przegapić go nie sposób, a poznacie go po nabitym na widelec… sami zgadnijcie czym.

Po sowitym posiłku należy się deser. Dlatego udajemy się na ul. Wita Stwosza (nie martwcie się, spacer trwa zaledwie krótką chwilkę), gdzie przy kafejce Amorinio czekają na nas Ciastuś i Amorinek. Skrzaty już zadbają o to, by nie zabrakło nam przepysznych ciast, deserów lodowych czy aromatycznej kawy.

Teraz czas na coś dla tych, którzy od małej czarnej wolą duże z pianą. Po przejściu kilkudziesięciu metrów i wejściu na Rynek, pod restauracją Bierhalle spotykamy Bawarkę, która na „dzień dobry” wręcza nam kufel zimnego, pysznego piwa.

Po wypiciu jednego, no góra dwóch kufelków złocistego trunku, ruszamy w dalszą drogę. Ale za daleko nie przejdziemy, bo pod Pizza Hut już czeka na nas Obieżysmak. Temu to dobrze! Nie dość, że na brak pysznego jadła narzekać nie może, to jeszcze jedynym jego zajęciem (oprócz jedzenia, rzecz jasna) jest wylegiwanie się na ogromnym talerzu.

Ale nie myślcie sobie, że on tak całe życie leży. Co to, to nie! Zanim osiadł na dobre we Wrocławiu, odbył podróż dookoła świata, w trakcie której spróbował podobno wszystkich (!) potraw, jakie można spotkać w najdalszych nawet zakamarkach naszego globu. Gdy jednak dotarł do stolicy Dolnego Śląska, tutejsza kuchnia tak mu zasmakowała, że stwierdził: nigdzie się stąd nie ruszam. I jak rzekł, tak uczynił.

Żegnamy się z nim i ruszamy w dalszą podróż. Z Rynku skręcamy w ulicę Więzienną, by po króciutkim spacerze usłyszeć gromkie „buongiorno”. Tak wita się z nami Krasnal Włoski, który przysiadł tuż przy pizzerii Capri. Chwilę z nim gawędzimy, przegryzając pyszną Margheritę i popijając malutkim kieliszkiem Chianti, po czym idziemy dalej.

Z ulicy Więziennej udajemy się w kierunku Jatek (po drodze zamieniając kilka słów z Rzeźnikiem), by dostać się na ulicę Kiełbaśniczą. Tam, pod Art Hotelem, spotykamy Podróżnika, który zwiedziwszy caluteńki świat, na dłużej osiadł we Wrocławiu. O swoich wojażach opowiada nam w zaciszu słynącej ze świetnej kuchni hotelowej restauracji…

Potem, mijając po drodze smacznie śpiącego Chrapka, kierujemy się w stronę ulicy św. Mikołaja, gdzie napotykamy będących w szampańskich humorach Ogorzałka i Opiłka. Ci nie tracąc czasu, błyskawicznie nalewają nam kieliszek diabelsko mocnego trunku. Wznosimy toast i szybko się oddalamy, nie ryzykując wizytą w pewnym nie słynącym z gościnności przybytku przy ul. Sokolnicznej.

Po krótkim spacerze, w trakcie którego przestało nam już na szczęście nieco szumieć w głowie, jesteśmy znów w Rynku. Tu najpierw odwiedzamy Wodziarza, który widząc naszą nietęgą minę częstuje nas krystalicznie czystą wodą ze swojego wiadra (po łyku której resztki zmęczenia po wizycie u tych nicponi ze św. Mikołaja mijają bezpowrotnie), a potem zaprasza na znakomity, przywracający nadwątlone siły posiłek w restauracji „Pod Fredrą”.

Potem wpadamy sprawdzić, co słychać u Gołębnika siedzącego na parapecie restauracji Spiż. Grzecznie odmawiamy kufelka warzonego w podziemiach trunku (co za dużo, to niezdrowo!), za to wybieramy się wspólnie na krótki lot nad Rynkiem na ptasim grzbiecie.

Po solidnej dawce adrenaliny i świeżego powietrza, wędrujemy do Sukiennic, gdzie już niecierpliwie czeka na nas Bartonik, od którego dostajemy trzy potężne gałki przepysznych lodów. Tak zaopatrzeni ruszamy w stronę placu Nowy Targ.

Tam spotykamy Hohelkę (tak, tak, to nie żaden błąd), który dba by żaden z klientów baru Jacek i Agatka nie wstał od stołu z pustym brzuchem. W jednej ręce krasnal trzyma wielką chochlę, w drugiej – jakże by inaczej – pacynki Jacka i Agatki.

Tam – zmęczeni, najedzeni do granic możliwości, ale przede wszystkim niezwykle szczęśliwi – nasz kulinarny spacer kończymy.

Smacznego!