Wodna bitwa. Krótka opowieść o tym, jak Krasnale świętowały śmigus-dyngus

cermigiusz2Święta, święta i po świętach… Co w tym czasie porabiały Krasnale? Cóż… moglibyśmy opowiedzieć wam o tym, jak kurczaki opanowały Wrocław, o tym jak Papa Krasnal i zając walczyli o panowanie w mieście albo jak skrzaty przekonywały Pierożnika, że to nie te Święta i te kilka tysięcy(!) ruskich naprawdę nie jest potrzebne. Ale jednego wydarzenia nie możemy przemilczeć.

Wielkanocny poniedziałek to drugi po prima aprilis ulubiony dzień Krasnali. Tak, tak, one uwielbiają polewać się wodą. Już kilka tygodni przed śmigusem-dyngusem w różnych zakamarkach miasta umieszczają wiaderka, pistolety na wodę, specjalne jajeczka i inne skrzacie wynalazki. Świętowanie zaczynają tuż po północy z niedzieli na poniedziałek. Całą noc radośnie polewają się wodą, nie oszczędzając nikogo. Jeśli więc w ten poniedziałek ulice wydały się wam dziwnie mokre i jakby czystsze, to wiecie czyja to sprawka.

Jest jednak we Wrocławiu grupa Krasnali, która wyjątkowo kocha wodę. Nie straszna im żadna głębokość. Nie ważne, czy jest to miejski basen, fontanna czy lokalna “królowa” Odra. Tym razem skrzaty chciały uczcić ten dzień w szczególny sposób – prawdziwą, wodną bitwą na Odrze. Wcześniej złożyły w Radzie Krasnali specjalny wniosek o pozwolenie na zorganizowanie turnieju. Papa Krasnal początkowo nie chciał udzielić zgody. Wszak rzeka szykowała się na swoje święto – Dzień Odry. Potrzebny był jej spokój, a nie takie ekscesy. Jednak po wizycie Neptunka zmienił zdanie. Dlaczego? Możemy się tylko domyślać… Pół miasta słyszało radośnie wyśpiewywane szanty. Papa Krasnal postawił jeden warunek: w bitwie mogą wziąć udział tylko “wodne” krasnale. Pozostałe nie potrafią pływać i byłoby to zbyt niebezpieczne.

Krótko po północy z niedzieli na poniedziałek, tam gdzie Odra Północna spotyka się z Odrą Południową, zebrali się uczestnicy turnieju (zwani pieszczotliwie Wodniakami). Przybyły Kapitańskie Bliźniaki, Nerida i Wiktoria, na swoich statkach. Był też Cermigiusz, który pływał w swej wannie. Na starcie stanął także Bąbelek Chlapuś z nieodłączną towarzyszką – kaczuszką. Nie mogło zabraknąć Kapitana Jacka Porta, Wodziarza i jego wiaderek oraz Chlapibrzucha i Moczypięty z miskami. Byli też Bulbulek i Plumplumek na specjalnie zbudowanych na tę okazję tratwach. Sędzią turnieju został Neptunek, który dumnie krążył po rzece ze swoim trójzębem. Nad bezpieczeństwem czuwali niezawodni: Ratuś i Helpik.

Zasady? Nie były zbyt przemyślane. Właściwie to ich nie było. Liczyła się sama zabawa. Nasze Wodniaki cieszyły się na polewanie wodą bez żadnych ograniczeń. Walka do ostatniej suchej nitki? Cóż, wtedy zawody skończyłyby się po 5 minutach. Kto więc wygrywał? Ten, który najdłużej zostanie na placu boju. Nagroda? Tytuł księcia Odry w dniu jej święta (pozycja Neptunka jest nienegocjowalna – król może być tylko jeden).

30 minut po północy w końcu ruszyli! Od razu zaczęli przesuwać się wzdłuż Bulwaru Dunikowskiego, w kierunku Mostu Pokoju. W ruch poszły wiaderka, miski, popularne jajeczka, pistolety. Jak na bitwę przystało, Krasnale przygotowały również proce, wyrzutnie i armatki wodne. Amunicji nie brakowało. Jak się domyślacie, po krótkiej chwili wszystkie skrzaty były zupełnie przemoczone. Nie straszny był im jednak ani wiatr, ani niska temperatura – płynęły dalej. A co z resztą skrzaciej braci? Nie-wodniaki przyglądały się tym potyczkom z brzegu. Początkowo okupowały okoliczne mosty: Piaskowy i Tumski oraz Bulwar Piotra Włostowica. Później zaczęły biec wzdłuż Odry przez Kładkę Muzealną, pod Mostem Pokoju, aż do Mostu Grunwaldzkiego. Niektóre z nich uznały, że doskonałym punktem obserwacyjnym będzie dach Domu Na Wodzie.

Jednak uważny obserwator zauważy, że kilkorga Krasnali brakowało. Cóż, Dialgomir, znany wrocławski leń, wybrał oglądanie telewizji (nie, bitwa nie była transmitowana). A Złociak i Farciarz poczuli zew przygody i ukradkiem wślizgnęli się na jeden ze statków. Mimo że oboje założyli kamizelki ratunkowe, nie uchroniło ich to przed katastrofą. Wodniaki zmierzały w kierunku ZOO i właśnie przepływały pod Polinką. Neptunek zdążył się tylko zdziwić, dlaczego kolejka wisi na samym środku, gdy nagle z impetem coś spadło wprost na Złociaka. Ten zdążył tylko krzyknąć: “Moje monety!” i ciągnąc za sobą Farciarza, z impetem wpadł do wody. Na szczęście Ratuś i Helpik czym prędzej pospieszyli na ratunek i za pomocą swoich wioseł wyciągnęli rozbitków. Skrzatom nic się nie stało, chociaż bardzo lamentowały. Złociak stracił swój skarb (och, tak naprawdę niewielką część), a Farciarz zmoczył swoja czterolistną koniczynę.

Jak doszło do wypadku? To nasze urocze Alpinki postanowiły przyłączyć się do zabawy. A że wysokość nie jest im obca, wdrapały się na gondolę i stamtąd zrzuciły worki z wodą. Ot, cała historia. Ale dlaczego gondola nie stała na przystanku? – zapytacie. Cóż, powiemy tylko, że po wszystkim znaleziono w niej śpiącego Kacusia

I tak skończyła się pierwsza, skrzacia bitwa w historii Wrocławia. Księcia nie wybrano (ku uciesze Neptunka). Czy na stałe wpisze się miejską tradycję? O tym zadecyduje Rada Krasnali. Teraz czas z szantami na ustach przygotować Odrę do jej święta.