Smoczek jest wrocławski! Udowodnił to trakcie Sylwestra

Sylwester na wrocławskim Rynku fot. BR

Z zapisków prof. dr hab. Tymoteusza Wszędymałego, światowej sławy eksperta w zakresie tematyki krasnoludzkiej, specjalisty w dziedzinie krasnologii i krasnotypii

31 grudnia 2013 roku

Krasnale, których obecność na tych ziemiach datuje się od zawsze, były nierozerwalnie związane z obecnością i kulturą smoczą. Cóż, rzec można, że nie miały innego wyjścia, jak tylko zaakceptować wielkie, ewolucyjnie przestarzałe gadzie formy i współegzystować z nimi we względnej zgodzie. Jako naukowiec od lat badający krasnoludzkie zwyczaje nie mogę się jednak zgodzić z tym jakże powierzchownym stwierdzeniem.

Jest wiele wiarygodnych źródeł historycznych, z których jasno wynika, że krasnale nawiązywały ze smokami stosunki daleko wykraczające poza zwykłą tolerancję. W dużej mierze wynikało to z ich wrodzonej życzliwości i dobroci (krasnale bowiem z natury rzeczy mają serca duże i dobre); jakkolwiek nie bez znaczenia znajduję też fakt braku dziewic w krasnoludzkiej społeczności. Nie widząc tu perspektyw wyłudzenia swego ulubionego smakołyku, smoki nie zaprzątały sobie głowy szantażowaniem krasnali, lecz skupiały się na osadach ludzkich, gdzie zawsze jakiś egzemplarz dziewicy się znalazł. Jakość rzeczonych stanowić może materiał na kolejny esej naukowy; lecz nie temu chcę poświęcić dzisiejszy mój wywód.

Otóż brak punktów zapalnych w postaci ewentualnego menu w połączeniu z życzliwością wrocławskich krasnali już w ciągu kilku pierwszych stuleci wspólnej egzystencji zaowocowały wzajemną sympatią: smoki nie ziały na krasnale ogniem, a krasnale nie robiły im żenujących kawałów z podrzucaniem baranów nafaszerowanych siarką. Na tym się jednak uprzejmości nie kończyły; znany jest przypadek wzajemnego bywania z wizytami delegacji wrocławskich krasnali i niejakiego Smoka Kevina z Trzebnicy, znanego z tego, że kilkakrotnie sam został w domu i nic dobrego z tego nie wynikło.

Dość powiedzieć, że bez zdziwienia odnotowałem pojawienie się w ubiegłym roku w krasnoludzkiej społeczności nowego gadziego obywatela – smoczka. Zlokalizowanie go i powiązanie z krasnalami zajęło mi sporo czasu, gdyż – jak się później okazało – maluch był starannie chroniony przez krasnalice z Panią Krasnalską na czele. W rzeczy samej, dopiero niedawno udało mi się zaobserwować, że jest wegetarianinem i nosi wiele mówiące imię Zielonojadek Kapuścioch.

W toku dogłębnych i – przyznam – nieco wyczerpujących obserwacji udało mi się ustalić wiele interesujących artefaktów i wysnuć z nich jeszcze bardziej interesujące wnioski. Otóż okazuje się, że ów gadzi obywatel Podziemnego Świata Krasnali jest najlepszym dowodem na postawioną przeze mnie onegdaj tezę. A brzmi ona: patriotyzmem lokalnym nasiąka się nie tylko poprzez wychowanie, ale również przez skórę. Im większą ma ona powierzchnię bezwzględną (pryszcze), tym szybszy jest to proces.

I tak oto 31 grudnia br. zaobserwowałem u Zielonojadka Kapuściocha wielkie podniecenie. Od samego rana biegał w podskokach i puszczał nosem kolorowy dym. Zwykle dymek ten był zielonkawy lub żółty. Jego wielobarwność w Sylwestra wzbudziła zatem moje zrozumiałe zainteresowanie. Smoczek ze szczególnym upodobaniem kręcił się w pobliżu sceny, zbudowanej specjalnie na potrzeby wielkiego sylwestrowego koncertu. Podczas prób podskakiwał lub kiwał się rytmicznie, co pozwoliło mi przypuszczać, że jest wszelako również uzdolniony muzycznie.

Pani Krasnalska, podenerwowana i pełna obaw o jego bezpieczeństwo, co jakiś czas próbowała zagonić smoczka do norki. Na niewiele się to zdało, bo zaraz wracał pod scenę, zwinnie manewrując pomiędzy nogami zbierających się ludzi. Zielonojadek bawił się świetnie przez prawie cały koncert. Za każdym razem, gdy kolejny artysta  pozdrawiał ze sceny Wrocław, Zielonojadek dostawał radosnej euforii: podskakiwał, puszczał dymki, podrygiwał w takt muzyki, a nawet próbował śpiewać.

Niespodziewany kryzys nadszedł, gdy jedna z występujących na scenie artystek pomyliła Wrocław z Krakowem i tenże pozdrowiła. Zielonojadka wmurowało w kostkę brukową. Białka jego oczu przybrały ostrzegawczą, purpurową barwę, a w źrenicach pojawiły się błyskawice wysokiego napięcia. Z emocji nie mógł się ruszyć, ale z jego drobnego ciałka zaczął się wydobywać czarny dym, coraz gęściejszy i gęściejszy, aż wreszcie nozdrza eksplodowały feerią kolorowych iskier. Patrzącym z daleka mogło się wydawać, że przedwcześnie wybuchła jakaś wielka petarda. Przestraszeni widzowie rozstąpili się nieco, a rozeźlony smoczek strzelał ognistymi kaskadami miotany we wszystkie strony siłą prawdopodobnie odśrodkową. Po kilku minutach padł nieprzytomny na bruk. Wyczerpanego gada zgarnęła do domu bardzo przejęta Pani Krasnalska. I tak oto właśnie lokalny smoczy patriota zamanifestował swoją przynależność i emocjonalny związek z miastem.

PS.
Korzystając z okazji chcę serdecznie podziękować parze tutejszych nastolatków, którzy we wszechobecnym hałasie dali się przekonać, że nie leżę pod sceną z powodu upojenia alkoholowego, lecz w związku z prowadzonymi badaniami, i nie zawezwali ostatecznie służb porządkowych.