Róże u Pani Krasnalskiej

Dokładnie 7 marca w domu Państwa Krasnalskich wybuchła straszna awantura. Zbierało się, zbierało, aż w końcu pękło. Pani Krasnalska fukała na męża, że ma dość, że wszystko na jej głowie. Pan Krasnalski w ogóle jej w domu nie pomaga. Mało tego: znika na całe dnie, Bóg jeden wie gdzie się podziewa i co robi. Ani z tego nowej beczki na ogórki kiszone nie ma, ani nowych pantalonów czy kubraka; za to na piwko lukrecjowe z kolegami to i owszem, czas się znajdzie. Kiedyś to o nią dbał, o względy zabiegał, kuchnię pochwalił, a teraz nic, nawet myć się przestał! No i proszę, choćby ten nieszczęsny 8 marca. Święto jest, a ona znowu nawet złamanego wiechcia nie dostanie. Skaranie boskie!

Pan Krasnalski, cichy i z gruntu spokojny jegomość, próbował się tłumaczyć: Ależ Duszko, to takie świeże święto, dopiero ma jakieś sto lat! Poczekajmy, zobaczymy, czy się przyjmie, po co teraz inwestować w kwiaty jak tego święta zaraz może nie być?

Pani Krasnalska była jednak nieugięta: Tobie sto lat nie wystarczy, żeby kubrak zmienić, a co dopiero ze świętem oswoić! Gadasz jak piernik, nie jak krasnal! Dla ciebie już żaden powód nie istnieje, żeby o mnie zadbać i atencją otoczyć!

Pan Krasnalski – jak to mężczyzna z czujnością uśpioną przez długi staż małżeństwa – nie wiedział, że czas zamilknąć i powiedział nieśmiało: Duszko moja, pobraliśmy się przed sześciuset laty, a ja dopiero teraz oswajam się z myślą, że jestem żonaty.

No, tego Pani Krasnalskiej było już za wiele! Trzasnęła drzwiami, zamykając się w swoim pokoju. Pan Krasnalski westchnął ciężko, przywdział meszty i szurając udał się do oberży pod nazwą „Mysia dziura”, gdzie postanowił wyżalić się kolegom. A ponieważ wszelkie plotki lotem błyskawicy rozchodzą się po mieście przeto w chwilę po jego wyjściu u Pani Krasnalaskiej pojawiły się wszystkie pozostałe krasnalice.

W „Mysiej dziurze” krasnale zjednoczyły się w obronie uciśnionego Pana Krasnalskiego. Krasnale klepały go w plecy i współczuły tak podłego traktowania ze strony żony. Po trzecim piwie lukrecjowym sam Krasnalski zaczął wierzyć, że babie należy wymierzyć sprawiedliwość. W końcu ożenił się z nią, dał nazwisko, je co mu ugotuje, więc o co jeszcze się czepia sufrażystka od siedmiu boleści? Praw wyborczych jej się zachciewa czy co? Robi co do niej należy, a atencji się spodziewa i kwiatów oczekuje?  W ogóle skąd się wziął ten głupi pomysł z kwiatami? W świecie krasnali to jakiś absurd!

Tymczasem zebrane u Pani Krasnalskiej krasnalice, usłyszawszy o zarzutach co do Pana Krasnalskiego, wznosiły okrzyki oburzenia i grozy. Biedna Pani Krasnalska, tak się poświęca, dom zawsze czysty, posiłki przygotowane, pranie zrobione, a ten jegomość w ogóle tego nie docenia! I jeszcze śmiał jej powiedzieć,  że dopiero się ze ślubem oswaja, choć minęło ponad 600 lat! Jakaż to niesprawiedliwość, jaka bezczelność!

Właściwie, gdyby się tak głębiej zastanowić, to wszystkich nas to dotyczy – Pani Krasnalska ledwo powstrzymywała łzy. – My, krasnalice, jesteśmy istotną częścią społeczności krasnali w tym mieście, tak wiele dla niej robimy, a tak mało się z nami liczą. Powinnyśmy trzymać się razem.

Krasnalice w zadumie kiwały głowami. Narastała złość, ale też bezsilność, bo jak zmienić ten stan rzeczy? Nagle odezwała się Pani Krasnalska: „A może byśmy zrobiły manifę?” Rozwścieczonym paniom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać: „Tak! Tak! Na ulice, na ulice!

Ani wzburzone krasnale w „Mysiej dziurze”, ani tym bardziej zacietrzewione krasnalice nie zauważyły podsłuchujących pod oknami Syzyfków. A te biegały od okna do okna wietrząc okazję do psikusów. Nie przyszło im do głowy rozdzielić się, bo przecież zawsze były nierozłączne. A poza tym co dwie głowy to nie jedna. Zwłaszcza w podsłuchiwaniu. Późnym wieczorem rozsiadły się gdzieś pod murem i jęły dumać nad tym, co usłyszały.

Baby nie som złe – powiedział jeden.
Nooo… – przytaknął drugi.
I plazder na stłuczone kolano przyklejo, i przytulo…
Nooo…
 I nigdy długo nie gniewajo sie za psikusy…
Nooo…
I ładnie pachno…
Nooo…
I pozwalajo wylizać kociołek po tych pysznościach, co je gotujo…
Nooo…
Ty, słuchaj, a może im się te kwiaty należo?
Nooo…

Następnego dnia, po przebudzeniu, każda krasnalica zobaczyła przy swoim łóżku bukiet przecudnych róż. Cóż to było za miłe zaskoczenie! Pani Krasnalska pękała z dumy, bo uważała, że potwierdziła się jej teoria: przycisnąć chłopa do muru i strzelić focha. Krasnale natomiast spoglądały po sobie ze zdumieniem i niedowierzaniem, bo nikt nie miał pojęcia, skąd róże się wzięły u krasnalic. Spokój normalnego dnia rozdzierał tylko głośny, jednostajny lament kwiaciarek z Placu Solnego, którym ktoś w nocy skonfiskował wszystkie kwiaty.

PS.
Krasnale mają silne poczucie sprawiedliwości, więc jeśli coś sobie biorą, zostawiają coś wartościowego w zamian. Kwiaciarki pewnie o tym nie wiedziały i nie zauważyły kawałka zjełczałego sera i ledwo nadgryzionego ogona myszy. Ale jakiej to wdzięczności spodziewać się po ludziach. Ech, czy oni wiedzą co dobre?

Autorką bajki jest Anatema