Obieżysmak i uciekający faworek

W zmurszałych annałach wrocławskich archiwów figuruje lakoniczna wzmianka, jakoby Kulawa Marianna w Zapusty roku pańskiego 1512 z garncem popiołu do kościoła Marii Magdaleny wysłana widzenie miała. A w widzeniu owym ni mniej ni więcej tylko duch straszliwy jej się objawił. Duch duchem, a historia mogła wyglądać mniej więcej tak:

Obieżysmak poczuł w żołądku pierwsze, jeszcze nieznaczne, symptomy nadchodzącego głodu. Ostrożnie przewrócił się na bok, a następnie podkurczył kolana i z wysiłkiem zaczął unosić siedzenie do góry. Z powodu wielkiego brzuszyska tylko w ten sposób mógł stanąć na nogi. Wyprostował się, obciągnął poły kubraka i rozpoczął lustrację plam na odzieniu. Z nowości ponad wszelką wątpliwość przybyły buraczki i jakiś ciemny sos, a w okolicach mankietu ostały się resztki konfitury malinowej. Żołądek Obieżysmaka wysłał drugi sygnał ostrzegawczy. Krasnal przeto rozejrzał się wokół i jął zastanawiać co by tu zjeść i gdzie. Nagle jego wzrok padł na faworka. Tak, tak, na klepisku, tuż pod murem leżał jeden zapomniany, a może zgubiony faworek. Piękny, pulchniutki, obsypany cukrem pudrem, prawdziwa gratka dla głodnego krasnala. Nie zastanawiając się wiele Obieżysmak ruszył w stronę ciastka. Był tuż tuż, gdy faworek odskoczył od niego na większą odległość. „Co jest?” – zdziwił się Obieżysmak. – „Czary czy co?” Łakomstwo zrobiło jednak swoje i krasnal podreptał dalej w stronę ciastka. Hyc, hyc – faworek znowu odskoczył. Obieżysmak przyspieszył. Faworek także. Obieżysmak gonił, faworek uciekał. Obieżysmak zamienił się w żądnego krwi myśliwego; faworek umykał zwinnie –  czasem lekko klucząc, czasem podskakując na wybojach. Faworek skręcił za winkiel, Obieżysmak za nim. Nagle krasnal zahamował tak gwałtownie, że aż mu trzewiki zaskrzypiały. Stanął w miejscu i zastygł z niedowierzania. Zobaczył oto, że faworek przywiązany jest do sznurka, którego drugi koniec chichocząc wyrywają sobie Syzyfki! Gdy dotarło do niego, jak niecnego żartu stał się obiektem, zawył niczym ranny dzik i ruszył wymierzyć dowcipnisiom sprawiedliwość. Syzyfki, widząc co się święci, złapały za sznurek i w nogi!

Mniej więcej w tym samym czasie Kulawa Marianna odstawiła na ziemię garniec z popiołem, który jej pani, księżna Samochwała herbu Klamot, posłała proboszczowi od Marii Magdaleny na środowe nabożeństwo pokutne. Garniec był ogromnie ciężki i choć była już prawie u celu podróży, postanowiła odsapnąć ździebko. Postawiła więc garniec na ziemię i rozpoczęła serię przysiadów, które zalecił jej wędrowny medyk. Skupiona na liczeniu do dziesięciu (nigdy nie szło jej to dobrze) kątem oka zarejestrowała przebiegające tuż obok dwa krasnale z faworkiem na sznurku. A zaraz potem jak coś nie furgnie, jak nie grzmotnie i w powietrze wzbił się tuman pyłu wydając charakterystyczne puch! Kulawa Marianna zamarła w przysiadzie z rękami wyciągniętymi do przodu. Przed nią unosił się wielki obłok popiołu, który powinien ponad wszelką wątpliwość być w garncu, ale jakoś już tam nie był. Zapadła cisza.

Pierwsze, co wyłoniło się z chmury popiołu to przekrwione z wściekłości oczy Obieżysmaka. Czy to bardziej z powodu utraty faworka, czy to z drażniących właściwości popiołu – popękane żyłki w wybałuszonych oczach krasnala musiały na pannie służącej wywrzeć wrażenie, gdyż wydała z siebie przeraźliwy skowyt, serce i duszę rozdzierający. Obieżysmak prychnął: „Cicho bądź babo!”. Przy tym popiół wdarł mu się do nosa, co spowodowało serię kichnięć tak potężnych, iż jego niewysoka choć zwalista, a obecnie szara sylwetka miotała się z impetem po całej uliczce. U Kulawej Marianny instynkt samozachowawczy przezwyciężył wreszcie strach. Nieboga rzuciła się do ucieczki wrzeszcząc w niebogłosy: „Duch, duch, ratuj się kto w Boga wierzy!”

Obieżysmak, zostawszy w końcu sam, otrząsnął się po jakiejś chwili, opłukał w Odrze, poprzysiągł srogą zemstę Syzyfkom i poszedł coś zjeść.

I stąd właśnie wzięła się w kronikach wzmianka o duchu straszącym w okolicach Marii Magdaleny. Ale że z Kulawej Marianny zawsze była sensatka i kłamczucha, przeto nikt specjalnie w jej bajanie nie uwierzył i historia umarła śmiercią naturalną.

O jedynej pozytywnej stronie tego całego zajścia świadczy zapis w pamiętniku księżnej Samochwały herbu Klamot, datowany na Zapusty AD 1512, a uniewinniające Kulawą Mariannę z poważnych oskarżeń o sprzeniewierzanie zapasów spiżarnianych.

Dzisiej doskonalenie receptury mej faworkowej poczyniwszy, mikry dodatek okowitki do ciasta za chlubny konstatując. Ze służką mą Marianną, Kulawą zwaną, ciasto owe zamiesilim a takoż smażylim. Asumpt takoż dzisiej się nadarzył, by Mariannę do proboszcza posłać z popiołu garncem. Marianna owa, dobrym dziewczęciem będąc, zdaje się słabość mieć do łakoci wielgą. Pilnuję przeto spiżarni i osobiście wielgim kluczem podwoje onej zawieram. Jako się rzekło, Marianny nie było, spiżarnia zamknięta, a faworków kupa zniknęła. Jakże to się stać mogło?

 

Autorką bajki jest Anatema