Na Dalekim Wschodzie z krasnalem Życzliwkiem

Naszą podróż rozpoczęliśmy 28 czerwca z wrocławskiego dworca PKP. Peron był wypełniony naszymi przyjaciółmi, przedstawicielami Urzędu Miejskiego Wrocławia i Uniwersytetu Ekonomicznego oraz nieznajomymi, z którymi wypiliśmy szampana za udaną podróż.

Wrocławianie na Dalekim Wschodzie

Od początku zakładaliśmy, że dotrzemy do Chin. Szczególnie zależało nam, by odwiedzić Pekin w czasie Igrzysk Olimpijskich. Trudności z otrzymaniem wizy i natłok turystów podczas w tym czasie sprawiły, że zmieniliśmy trasę i trafiliśmy do Korei Południowej – kraju zdecydowanie rzadziej odwiedzanego przez turystów. Tam postawiliśmy na Seul, Busan, Kjondżu i Sokczo. Do Korei dopłynęliśmy promem z Władywostoku za 700 zł w dwie strony.Jednym z najciekawszych punktów dnia, obok zwiedzania zabytków, było jedzenie. Niemal w każdym miejscu inne, a my chcieliśmy spróbować wszystkiego. Ciekawe smaki pojawiły się tuż po przekroczeniu Uralu koleją Transsyberyjską. Na peronach podczas postojów trwających od dziesięciu minut do pół godziny, kilka razy dziennie, mogliśmy kupić od „babuszek” przeróżne smakołyki: pirożki (podobne do naszych pączków, ale z mięsem, kapustą lub ziemniakami), bliny (naleśniki, najczęściej z twarogiem), gotowane raki, cedrowe szyszki w czekoladzie, wareniki (pierogi). Takie rozwiązanie jest bardzo wygodne. Pozwoliło nam ograniczyć liczbę zabieranych z sobą konserw i zupek instant. Nad Bajkałem grzechem było nie spróbować fantastycznych szaszłyków, a przede wszystkim wędzonego omula. Choć Władywostok to wielki port, jednak częściej niż ryby jedliśmy tam chińszczyznę. Bo tańsza. Korea Południowa, mimo że zjedliśmy tam dziesiątki  tradycyjnych dań, kojarzy mi się szczególnie z kim-czi, marynowaną ostro-kwaśną kapustą, popijaną jinro – tradycyjnym koreańskim napojem alkoholowym, a także gotowanymi larwami sprzedawanymi na ulicy i sushi, dostępnym w każdym hipermarkecie za śmiesznie małe pieniądze. Kuchnia mongolska jest z kolei oparta głównie na baraninie przygotowywanej na milion różnych sposobów. Na pewno niezapomnianym przeżyciem było zjedzenie suszonego siedmioletniego mięsa, wypicie kilku kubków wielbłądziego mleka i kumysu – napoju alkoholowego na bazie mleka. Najbardziej zdziwiły nas mongolskie herbaty. Mongolian tea to nic innego jak mleko z ryżem, osolone, z dodatkiem masła, a dumping tea – osolona woda z tłuszczem.

Ważniejszy od kulinarnych niespodzianek był jednak fakt, że „życzliwość” nie pojawiła się tylko w nazwie wyprawy, ale wszędzie tam, gdzie byliśmy my i nasza maskotka-talizman: krasnal Życzliwek. Ludzie cieszyli się z rozpowszechniania idei bycia życzliwym każdego dnia i w każdym miejscu. Na noclegi podczas całej podróży wydaliśmy jedynie 220 zł, a wszystko za sprawą ludzkiej gościnności i serwisów takich, jak www.hospitalityclub.org czy www.couchsurfing.com. To była naprawdę podróż za jeden uśmiech. Podczas noclegów u zwykłych ludzi mogliśmy poznać kraj od zupełnie innej strony niż gdybyśmy spali w hotelu. Zdarzały się też miejsca niecodzienne. Mieszkaliśmy w domu syna mongolskiego polityka, w hippisowskiej komunie, w apartamencie w najbogatszej dzielnicy Seulu, w sali katechetycznej klasztoru i dziesiątki razy w studenckich mieszkaniach. Wielokrotnie byliśmy kolejnymi już gośćmi z Hospitality Club czy Couchsurfing. Poznaliśmy Amerykanów, Francuzów, Meksykanów i Australijczyków. Tacy ludzie stanowią zwykle niezastąpioną bazę informacji i rad, z których często korzystaliśmy. Niedaleko Irkucka, w miejscowości Talcy, byliśmy na koncercie polskiego zespołu grającego muzykę dawną. To wspaniałe uczucie móc słuchać na żywo śpiewu w ojczystym języku ponad 6000 kilometrów od domu.

Środek stepu, tubylczy namiot, a na dachu antena

Po powrocie często słyszałem od znajomych pytanie: jak tam jest? W Rosji – bezkres Bajkału, piękne lasy Syberii, zadbane centra wielkich miast, urok małych wiosek, szczególnie tych zapomnianych, gdzieś na uboczu. Sami Rosjanie mówią: Kto piękna nie widział, ten w Rosji nie był. Oczywiście to samo możemy powiedzieć o prawie każdym innym kraju, ale część prawdy z pewnością w tym jest. Wystarczy spojrzeć na samą Moskwę czy Petersburg, na złote kopuły prawosławnych cerkwi, na szerokie rzeki i mosty zawieszone nad nimi. Ludzie odnoszą się tam do Polaków bardzo życzliwie, nie spotkaliśmy się z żadnym przykładem zaczepek czy krytyki. Zawsze byliśmy „braćmi Słowianami”. Najczęściej padały pytania dotyczące zarobków i możliwości podjęcia pracy czy studiów. Dowodem na pozytywne nastawienie Rosjan jest na przykład pierwszy toast – za przyjaźń między narodami. O rosyjskich toastach można by napisać całą książkę – jest to naprawdę piękna tradycja.W Korei Południowej – nowoczesność – to pierwsze skojarzenie. Nie byłem jeszcze w kraju tak przyjaznym dla człowieka, także niepełnosprawnego. To kraj zupełnie pozbawiony barier architektonicznych. Tu autobusy komunikacji miejskiej mkną między przystankami ponad 100 km/h, sieć metra pozwala na szybkie dotarcie do każdego zakątka miasta, taksówki są tanie  – 1$/km i nie ma opłaty za trzaśnięcie drzwiami. Kawiarenki internetowe zachwycają ceną, jakością internetu i komputerów, wystrojem. Dzięki tamtejszym ludziom mogę śmiało mogę napisać, że od pierwszej chwili Korea Południowa jest dla mnie synonimem życzliwości. Koreańczycy są uczciwi, otwarci, chętnie pomagają obcym ludziom. Często sami oferują swoją pomoc, za darmo oprowadzają po mieście. No i kochają zdjęcia. Tłumy biegnące z najnowszymi modelami lustrzanek w naszą stronę tylko po to, aby zrobić sobie z nami zdjęcie, było czymś codziennym. Obalam mit, że w Korei nie można złapać stopa. Najdłużej czekaliśmy półtorej minuty, a najczęściej zatrzymywał się pierwszy lub drugi samochód. Polska najbardziej kojarzy im się z piłką nożną a najsłynniejszy Polak to Olisadebe. Mongolia – pustka to pierwsze skojarzenie. Kraj trzykrotnie większy od terytorium Polski jest zamieszkały przez 2,5 mln ludzi. To czyni Mongolię najrzadziej zaludnionym krajem na świecie. Drogi asfaltowe są w zdecydowanej mniejszości, co dodaje dodatkowego uroku. Tak jak białe namioty – jurty – miejsce zamieszkania 70% Mongołów. Wrażeń dodają również zwierzęta na stepie: wielbłądy, konie Przewalskiego, jaszczurki, skorpiony jak i sama słynna Wyżyna Gobi. Co ciekawe, w Mongolii możemy kupić mnóstwo polskich produktów: od sałatek, poprzez wafelki i czekolady, po soczki marchwiowe. Są one dostępne prawie w każdym sklepie spożywczym, inna sprawa, że często są przeterminowane. Co warto przywieźć z takiej wyprawy? Rosja – matrioszki, militaria, porcelana. Korea – ubrania, elektronika, która jest o wiele tańsza niż w Polsce, jedwabne kimona. Mongolia – płyty z muzyką, kaszmirowa odzież, skórzane portfele. I z każdego kraju wspomnienia i dziesiątki fotografii – bo do nich się wraca najchętniej. Wyprawa Życzliwości zakończyła się szóstego września, kiedy wróciliśmy do kraju. Kolejna już w najbliższe wakacje na razie planujemy trasę i kompletujemy mapy.

Wystawę zdjęć z wyprawy będzie można obejrzeć podczas obchodów Dnia Życzliwości 21 listopada w angielskim czerwonym autobusie oraz w budynku Z Uniwersytetu Ekonomicznego.

Dokładną relację z wyprawy można przeczytać na stronie: www.wyprawazyczliwosci.pl

Maciej Olbert