Mały problem Prezentusia

Prezentuś zmrużył oczy, by wyostrzyć wzrok. W białawym snopie zamglonego księżycowego światła dostrzegł kolejne czarne postacie, przemykające pod murami budynków. Panował mrok, nie paliła się żadna latarnia; wszystkie okna były ciemne. Krasnal przywarł do skrzyni i mocniej ścisnął worek z prezentami.

Chcą mi je zabrać – wyszeptał struchlały. – Chcą mi zabrać prezenty…

Postaci w obszarpanych łachmanach przybywało. Najwyraźniej jednak bały się światła, bo przemieszczały się starannie omijając księżycową poświatę. Coraz śmielej jednak przysuwały się do granicy, jaką wyznaczał snop światła, padający na Prezentusia i jego skrzynię niby oświetlenie scenicznego jupitera.

Sytuacji bynajmniej nie polepszał fakt, że Prezentusiowi strasznie chciało się siusiu. W poprzedni wieczór wraz z kolegami opróżnił sporą baryłkę piwa lukrecjowego, które teraz właśnie zaczynało dawać o sobie znać.

Cieniom niewątpliwie zależało na prezentach. Krasnal słyszał ich ciche syczenie i wiedział, że na pewno nie były grzeczne przez cały rok.

Oddaj, oddaj nam prezenty…
Nie ma mowy! Nie dostaniecie nic, wstrętne koszmarusy! A kysz! – pisnął Prezentuś z głębi swego w gruncie rzeczy niewielkiego i obecnie mocno przerażonego ciałka.

Cienie zaśmiały się szyderczo.

Na nic się zda twoja odwaga, mały skrzacie… Musimy mieć te prezenty.. czerpiemy siłę ze smutku i rozczarowania tych wszystkich, którzy nic nie dostaną na święta… To nas czyni silnymi… Oddaj, oddaj nam je…

Prezentuś zrozumiał całą grozę sytuacji. Wiele by dał, by nagle pojawił się Papa Krasnal. On zawsze znajdował rozwiązanie problemów.

Jakiż to paradoks – pomyślał filozoficznie. – Ja, który spełniam ludziom świąteczne życzenia, nie mogę spełnić swojego własnego…

Wtem jeden z czarnych obszarpańców, najwyraźniej mocno już zdeterminowany, doskoczył do Prezentusia i wyrwał mu z rąk konika na biegunach. Uczyniwszy to, prysnął z powrotem w cień. Krasnala zamurowało. Sytuacja, owszem, groźna, ale taka bezczelność to już przesada! Z rykiem godnym rozwścieczonego lwa rzucił się w pogoń za obszarpańcem. Zeskoczył ze skrzyni… i zaczął spadać w otchłań. Spadał i spadał bez końca, wirując wokół własnej osi i piszcząc rozpaczliwie. W ostatniej chwili zobaczył na dnie tunelu fioletowo-różowe esy floresy, a potem gruchnął nosem w ziemię.

Leżąc z zamkniętymi oczami czuł rwanie w nosie.

Ależ boli, jakby nos się miał zaraz urwać… Musiałem nieźle grzmotnąć… – kołatało mu się w głowie.
I wtedy…

Prezentuś się obudził.

Pierwszy obraz jaki zobaczył, to koniuszek własnego nosa z wepchniętymi do dziurek palcami. Kiedy uporał się z zezem i sięgnął wzrokiem dalej zobaczył, że dłoń z palcami należy do tłuściutkiego sześciolatka, który zupełnie bez oporów co chwilę pociągał za bolącą chrząstkę.

Hej, ty! Zbudź się! Chcę pod choinkę Angry Birds, zrozumiano?! Żadnych głupich misiów albo gier planszowych, jasne? Bo jak nie to ci urwę ta wielką purchawkę i skończy się ten pic ze spełnianiem życzeń!

 

Autorką bajki jest Anatema