Kryminalna historia z happy endem – wywiad z Wypłatnikiem

By wyjaśnić wszelkie niejasności i domysły, udaliśmy się do Rynku by osobiście porozmawiać ze sprawcą całego zamieszania. Poniżej przedstawiamy zapis naszej rozmowy.

Jak dobrze Cię znów widzieć Wypłatniku, strasznie się martwiliśmy o Ciebie. Powiedz, co się z Tobą działo?

To długa i skomplikowana historia, drodzy przyjaciele… Wszystko zaczęło się kilka tygodni temu… Od dłuższego czasu czułem na sobie czyjś natarczywy wzrok. Jasne, przyzwyczaiłem się do sporego zainteresowania moją osobą, ludzie co rusz mnie odwiedzają, zagadują, robią sobie ze mną zdjęcia. Ale tym razem miałem przeczucie, że to coś innego, niepokojącego, przyprawiającego o ciarki na plecach… Starałem się odszukać wzrokiem wpatrującego się we mnie osobnika, ale moje wysiłki spełzły na niczym – w zasięgu moich oczu nie zauważyłem nikogo, kto mógłby mieć niecne zamiary wobec mojej osoby… Trwało to kilka dni…

Wypłatniku, to brzmi jak początek jednej z kryminalnych powieści Marka Krajewskiego, w których tak zaczytują się Duzi Ludzie! Mów, co zdarzyło się później…

Pewnej nocy, gdy zmęczony całym dniem przeliczania banknotów w końcu usnąłem na stojąco (jak to mam w zwyczaju) ktoś, wtedy jeszcze nie wiedziałem kto, narzucił mi na głowę czarny worek i uprowadził z Rynku. Ocknąłem się skrępowany w obskurnym wilgotnym pomieszczeniu – jak się później okazało, w jednym z kanałów ściekowych niedaleko Odry. Leżałem na okrutnie zimnej ziemi, wokół panowały egipskie ciemności, słyszałem tylko czyjś cichy oddech niedaleko mnie i szum wody w oddali. Byłem kompletnie zdezorientowany i przerażony… Czy możecie mnie poczęstować łykiem wody? Z tych emocji zaschło mi ustach…

Jasne, pij na zdrowie,  już nie możemy się doczekać dalszego ciągu tej historii.

Dobrze, kontynuujmy więc. Siedziałem w tym kanale przez dłuższy czas (nie potrafię określić czy były to godziny, dni czy tygodnie) nic nie widząc i nie wiedząc co mam robić. Czy wstać i szukać po omacku wyjścia? Czy rozpaczliwie wzywać pomocy licząc, że ktoś mnie usłyszy? Moje myśli gnały jak oszalałe, ale jedna była szczególnie natarczywa: kto mnie porwał?! Ten potok moich rozmyślań nagle przerwał upiorny głos, który rozległ się zaledwie kilka metrów ode mnie:

– W końcu Cię dopadłem… Nie wywiniesz się!
– Kim jesteś i czego chcesz? – odpowiedziałem drżącym głosem.
– Tego, kim jestem nie musisz wiedzieć, ale wkrótce dowiesz się czego chcę – odrzekł porywacz i zachichotał złowieszczo.

Wtedy coś mnie tknęło, znałem ten głos, tylko wtedy nie mogłem jeszcze skojarzyć skąd. Wtem usłyszałem tupot oddalających się stóp – porywacz gdzieś zniknął i zostałem zupełnie sam. Zacząłem intensywnie zastanawiać się nad pochodzeniem tego charakterystycznego głosu.  I nagle mnie olśniło! Przecież o moim oprawcy od wieków krążą legendy w podziemnym Mieście Krasnali, a średnio raz na kilka lat musimy na nowo stawać z nim do walki! To Chochlik Odrzański, największy i chyba tak naprawdę jedyny wróg wrocławskich krasnali! O nie, tylko nie Chochlik! Przecież nie tak dawno, przy wydatnej pomocy Dużych Ludzie, dzielnie stawiliśmy mu czoła. Mieliśmy nadzieję, że mamy z nim spokój raz na zawsze… Opowiadaj, co było dalej!

Po paru godzinach (albo i dniach) Chochlik powrócił. Wiedząc kim jest mój porywacz, bałem się nawet bardziej niż poprzednio – znałem opowieści o jego niecnych czynach oraz niebywałej złośliwości i zuchwalstwie.

– No to teraz podasz mi PIN do krasnoludkowego konta w banku albo już nigdy nie zobaczysz światła dziennego i swoich ukochanych braci! – rzekł lodowatym tonem Chochlik. Oblał mnie zimny pot – przecież na tym koncie znajdowały się pieniądze wszystkich wrocławskich krasnali! Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że Chochlik wcześniej już zabrał mi kartę do bankomatu, którą zawsze wypłacałem pieniądze, gdy tylko któryś skrzat ich potrzebował. Poza mną nikt nie zna PINu – to mnie Papa Krasnal powierzył to jakże odpowiedzialne zadanie pilnowania dostępu do krasnoludkowego konta.  Sytuacja była beznadziejna – jeśli podam mu PIN, całe oszczędności, gromadzone od lat, przepadną. Jeśli nie podam – nigdy nie wyjdę na powierzchnię. Nagle moje rozterki przerwał straszny hałas – słychać było odgłosy walki i krzyki Chochlika. Po paru minutach szamotaniny nastała cisza, a ciemność rozjaśniła zapalona świeca! I wtedy moim oczom ukazał się niesamowity widok – Chochlik leżał związany białymi prześcieradłami a nad nim stał… Pracz Odrzański! Nie wyobrażacie sobie, jak wielka była moja radość! Ale skąd Pracz wziął się w kryjówce Chochlika?

O to samo go zapytałem! Okazało się, że właśnie robił codzienne pranie na Ostrowie Tumskim, gdy usłyszał przytłumione głosy dochodzące z pobliskiej studzienki. Zaciekawiony postanowił sprawdzić, któż to zapuścił się w te niebezpieczne rejony. Gdy tylko się zbliżył, od razu rozpoznał głos Chochlika, z którym nie raz miał już do czynienia. Wiedział, że jego obecność nie wróży niczego dobrego, więc nie namyślając się ani chwili, zszedł do studzienki, by sprawdzić co się dzieje. Dalszy ciąg historii już znacie. Pracz dość szybko obezwładnił zaskoczonego Chochlika, skrępował go świeżo upraną pościelą i uwolnił mnie! Z wdzięczności rzuciłem się mu na szyję – w końcu uratował nie tylko mnie, ale i cały krasnoludkowy majątek! Razem zaprowadziliśmy Chochlika przed oblicze Papy Krasnala, który zdecydował o ponownym uwięzieniu Chochlika  w twierdzy w Górach Sowich. Mam nadzieję, że nie uda mu się znowu zbiec!

Niesamowita historia, Wypłatniku! Miałeś ogromne szczęście, wykazałeś się też dzielnością, nie zdradzając złośliwemu Chochlikowi krasnoludkowej tajemnicy…

Cała zasługa należy się Praczowi Odrzańskiemu, to tylko dzięki jego odwadze i sprawności udało mi się wyswobodzić z niewoli. Jeszcze raz wielkie dzięki, Praczu!

Wypoczywaj więc teraz po tych niezwykle emocjonujących dniach, które ostatnio przeżyłeś. Dziękujemy za rozmowę!