Krasnalove walentynki. Jak Pięknisia poczuła strzałę amora

Marysia Pięknisia przeglądała się właśnie w lusterku, gdy coś ją solidnie szturchnęło. Tym czymś okazała się być Truchcia, wykonująca swą zwykłą poranną przebieżkę.

– Uważaj! – fuknęła Marysia – mało brakowało, żebym stłukła przez ciebie lusterko! I to w same Walentynki!

– Może i dobrze by się stało – wysapała Truchcia, nie przerywając ćwiczeń – zauważyłabyś wtedy coś poza sobą samą. Wiesz, że Kinoman miał wypadek?

– Kinoman? Wypadek? Jaki wypadek? – zaintrygowana Pięknisia opuściła lusterko i jęła się ciekawie wpatrywać w Truchcię.

– Phi! – prychnęła biegaczka – jak jesteś ciekawa to idź do niego i sama zapytaj. Jest w Biurze Spraw Bardzo Istotnych. Farmacjusz go pielęgnuje. Ja muszę biec dalej!

Marysia pokazała język oddalającym się plecom Truchci, zakasała kieckę i raźnym krokiem ruszyła w stronę Biura Spraw Bardzo Istotnych. Zastała Kinomana leżącego na kozetce i jęczącego żałośnie. Farmacjusz pochylał się nad nim, by zmienić opatrunki.

– Dobrze, ze jesteś! – ucieszył się – Pomożesz mi, bo sam już nie daję rady z tym jękołą!

Marysia Pięknisia uświadomiła sobie, że dawno nie widziała własnego odbicia, więc szybko zerknęła w lusterko. – Ale ja się zupełnie nie znam na opatrywaniu ran – powiedziała obdarzając sama siebie promiennym uśmiechem.

– Jakoś mnie to nie dziwi – mruknął sarkastycznie Farmacjusz. – Przynieś mi z szafki z lekami na parterze następujące rzeczy: jedną pastylkę ze słoiczka z napisem PRZECIWBÓLOWE, dwie pigułki z pojemniczka oznaczonego NA ZAPARCIA i tubkę maści NA WAPORY. Zapamiętałaś?

Pięknisia wzruszyła ramionami i poszła szukać szafki. W międzyczasie dwa razy przejrzała się w lusterku i spotkała Truchcię, która przebiegając zapytała, co słychać.

Wzięła z szafki leki, o które prosił Farmacjusz, przejrzała się w lusterku i ruszyła z powrotem. Chwilę później natknęła się na Truchcię, z którą wymieniła opinie na temat pogody, jako że było ciepło i pięknie jak na tę porę roku.

Gdy wróciła, Farmacjusz był już zniecierpliwiony. Wziął od niej pastylki i zaaplikował Kinomanowi.

– No wreszcie jesteś! Posmaruj mu z łaski swojej tą maścią stłuczone kolana! – polecił.

Marysia przejrzała się w lusterku, po czym niechętnie je odłożyła. Odkręciła tubkę i nacisnęła, by wycisnąć maść. Kiedy udało jej się ruszyć czop, maści wyszło całkiem sporo. Pomyślała sobie, że szkoda byłoby wyrzucić nadmiar. Dziś jej nic nie dolega, ale kto wie, co będzie jutro? Przecież to lek, a leki są lecznicze, co oznacza, że mogą bez wątpienia wyleczyć także przyszłe schorzenia. Posmarowała więc kolana wciąż jęczącego Kinomana, a resztę wklepała sobie w buźkę i wtarła w ręce. Maść miała bardzo przyjemny, ziołowy zapach z ledwo wyczuwalną nutką mięty. Marysia, z własnej już inicjatywy, posmarowała także Kinomanowi sińce na buzi.

Spodobała jej się rola pielęgniarki. Najpierw żałowała Kinomana i bardzo mu współczuła, ale po upływie kilku chwil doszła do wniosku, że to bohater, a obrażenia powypadkowe dodają mu tylko męskości. Hmm.. nawet całkiem przystojny z niego bohater. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważyła? Kinoman kichnął, a Marysia – po raz pierwszy w życiu czując w brzuchu trzepoczącego motyla –  pomyślała: „Mój Boże, jak on pięknie kicha…”

Kinoman tymczasem przyglądał się Pięknisi, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Przestał jęczeć – nie uchodziło przecież robić z siebie mazgaja przy tak oszałamiająco ślicznej istocie! On, zawzięty antyfeminista, stały bywalec szowinistycznych samczych wieców, nieustannie głoszący wyższość płci męskiej nad babami, pomyślał: „Jaka piękna krasnalica! Jak to możliwe, że do tej pory nie zwróciłem na nią uwagi?”

Marysia Pięknisia i jej trzy trzepoczące w brzuchu motyle nachylili się nad Kinomanem, aby czule pogłaskać go po głowie. Kinoman wciągnął brzuch, wypiął tors i z lubością poddał się pieszczocie.

Siedem motyli tłukących się w Pięknisi spowodowało, że spojrzała Kinomanowi głęboko w oczy i utonęła w nich bez reszty, zupełnie – o dziwo – nie zwracając uwagi na ciemnozielone treści pod paznokciami swego bohatera oraz sfilcowane kłaczki z kubraka zgromadzone w jego pępku. Kinoman zaś poczuł, że miękną mu nogi w kolanach i poczuł wielką ulgę uświadomiwszy sobie, że znajduje się w pozycji horyzontalnej i nie upadnie.

Farmacjusz przyglądał się tej scenie z rosnącym zdumieniem, nie rozumiejąc co się dzieje. Wtem jego wzrok padł na tubkę z maścią, którą Pięknisia potraktowała Kinomana i siebie przy okazji. Przeczytał napis: NA AMORY.

– O cholerka… – mruknął do siebie – no to sobie Walentynki zafundowali. A niech mnie! Idę stąd, nie chcę być przy tym, jak maść przestanie działać…

Autorką bajki jest Anatema