Kowal

ul. Kuźnicza, róg Wita Stwosza

Zagłosuj na mnie:

207

W całym Wrocławiu znany był od zawsze z talentu do przekształcania metali w prawdziwe dzieła sztuki. Zbroja, łyżeczka czy broszka – cokolwiek wyszło spod jego młotka, zadziwiało solidnością wykonania i pięknem. Krasnal ten to nie tylko sprawny rzemieślnik, ale przede wszystkim – artysta.

Kowal to jeden z niewielu wrocławskich krasnali, który swojego fachu nie uczył się w szerokim świecie. Wszystko co umie zawdzięcza bowiem nieocenionym naukom lokalnych mistrzów dłuta i młotka, talentowi oraz podpatrywaniu ludzi. Jeden z niewielu krasnali, które nigdy w życiu nie podróżowały – co, jak wiemy, należy u nich do rzadkości. Ceni sobie ciszę, przytulność domowego zacisza i święty spokój.

Ciszę ma już zapewnioną, ponieważ po latach uderzania młotkiem ogłuchł niemal całkowicie – z domowym zaciszem i świętym spokojem nie jest już tak prosto… Od kiedy w młodzieńczych latach dał się poznać jako utalentowany rzemieślnik, nagabywany jest o tworzenie coraz to nowych precjozów. A to modne krasnalowe damy wymuszały na nim zrobienie spinki lub pierścionka, a to znowu rychliwi wojacy życzyli sobie mieć zbroję, która wyszła spod jego ręki. Swego czasu zamówień miał on tak dużo, że zapisywał klientów na kilka miesięcy wprzód. Dręczony przez klientów, niemal nie wychodził ze swojego warsztatu…

Spośród innych rękodzielników Kowal wyróżniał się nie tylko dobrym gustem i solidnym wykonaniem wszystkiego, na co dostał zamówienie – był przy tym niezwykle wszechstronny. Nie dość, że wykonywał najlepsze zbroje i miecze w promieniu tysiąca króliczych skoków, to jeszcze doskonale znał się na złotniczym rzemiośle, tworząc fantazyjne spinki, broski, pierścionki i klamry.

Wieść o zdolnym Kowalu roznosiła się przez lata po okolicznych miastach i wsiach, i tym sposobem dotarła nawet w odległe zakątki Europy. Do Wrocławia zaczęły przybywać nie tylko krasnale z pobliskich miejscowości, ale nawet z wiosek, o których istnieniu nikt dotąd nie słyszał…

Przemęczony artysta – który z natury uwielbiał ciszę i odosobnienie – zniknął pewnego dnia z miasta, pozostawiając po sobie pustą kuźnię i przyczepioną do drzwi karteczkę zawierającą tylko trzy słowa: „Nie ma mnie”. Rozczarowani przybysze z obcych krain zaczęli powoli opuszczać miasto, a miejscowi przyzwyczajali się z biegiem czasu do nieobecności Kowala, korzystając z usług innych rzemieślników. I tylko nieliczni wiedzieli, gdzie przez cały ten czas ukrywał się Kowal; zaszyty wysoko w górach popijał herbatę z rumem, ciesząc się błogą ciszą i osamotnieniem. Po kilku latach ‚urlopu’ zatęsknił jednak za swoim warsztatem i postanowił wrócić – wiadomo przecież, że uwielbiał swoje zajęcie ponad wszystko.

Po powrocie do miasta ustalił jednak nowe zasady, które spisał, wykuł na miedzianej tablicy i przybił do drzwi. Odtąd już nikt nie miał prawa wstępu ani do jego kuźni, ani tym bardziej do przytulnego mieszkania w mysiej norce na Rynku. Zamówienia składało się pisemnie u sekretarza, którzy ustalał terminy i przyjmował zapłatę.

Z upływem lat zapotrzebowanie na usługi Kowala malało, co jednak nie martwiło go szczególnie. Cieszyło go, że coraz mniej klientów zawraca mu głowę swoimi fanaberiami. I tak po dziś dzień zamówień mu nie brakuje, bo bez względu na epokę zawsze znajdą się elegantki, łase na piękną biżuterię. Najczęściej można go więc spotkać na ul. Kuźniczej, przy salonie jubilerskim. Dziś Kuźnik wiedzie życie dużo spokojniejsze, niż za młodych lat. Bywa nawet, że znajduje czas na krótki spacer. Nie musi się już obawiać tego, że gdy tylko wyściubi nos poza progi swojej pracowni, zostanie oblężony przez uciążliwych klientów.

Czytaj więcej