Dżin z lampy, psotne Syzyfki i Europa na Widelcu

Zbliżało się wielkie wrocławskie święto kulinarne – Europa na widelcu. Papa Krasnal, doskonale znając możliwości psotne Syzyfków, zawezwał ich do siebie na rozmowę dyscyplinującą.

Słuchajcie no chłopcy – zagaił – to bardzo prestiżowa i ważna impreza. Ludziom zależy, żeby wszystko przebiegło bez problemów. Dlatego najlepiej będzie jeśli znikniecie na ten czas w Podziemnym Świecie Krasnali i powstrzymacie się od wygłupów. Jeśli cokolwiek zakłóci przebieg pikniku osobiście porachuję wam kości. Czy to jest jasne?

Syzyfki, które nie widziały nigdy jeszcze tak wielkiej determinacji w oczach papy Krasnala, przytaknęły skwapliwie, a potem cichcem czmychnęły wykonać polecenie służbowe. W sumie nie zmartwiły się bardzo, bo uwielbiały eksplorację komnat, korytarzy i tajemnych przejść Podziemnego Świata. Często zaszywały się  tam w poszukiwaniu inspiracji lub w oczekiwaniu na przycichnięcie wywołanej przez siebie afery.

Tego dnia Syzyfki natrafiły na nieznaną komnatę. Pomieszczenie było wypełnione dziwnymi przedmiotami. Na drewnianych zakurzonych półkach stały rzędy alembików, retort i słoików, pełnych kolorowych substancji, a także grzybków marynowanych i korniszonów. Kamienną brukowaną podłogę zajmował drewniany stół. Leżały na nim zwoje papieru zapisane dziwnymi znakami, kilka otwartych ksiąg oraz kałamarz z piórem. Syzyfki przyglądały się ciekawie poszczególnym przedmiotom; brały do rąk słoiki i grzechotały zamkniętymi w nich kolorowymi kryształami, przelewały migoczący gęsty płyn w klepsydrze i liczyły półki w kolumnie rektyfikacyjnej.

Na jednej z półek, pomiędzy słojami, stała stara lampa oliwna. Syzyfki zatrzymały się przy niej na chwilę. – Dziwaczna – mruknął jeden – dziś już się takich nie używa. A brudna jak buty Lunatyka!
Nooo… – potwierdził drugi.

Obaj głośno zarechotali. A potem jednocześnie wyciągnęli ręce i potarli lampę. W tej samej chwili z dziubka zaczął się unosić leciutki dymek. Stawał się on coraz większy i gęściejszy, aż w końcu przybrał postać popiersia wątłego mężczyzny w kwiecistej bluzeczce z mankietami, ciasno opinającej cherlawy torsik. – Hoho! – zawołał falsetem duch – jestem dżinem tej lampy! Czego ode mnie chcecie skrzaty?

Syzyfki podskoczyły z przejęcia, a dżin przyglądał im się z zaciekawieniem przez jakąś chwilę. Potem jakby mu się coś przypomniało, bo zmarszczył czoło i zaczął czegoś nerwowo szukać po kieszeniach. – Ooo, jest! – ucieszył się, wyjąwszy lusterko z rączką. – O, matko, jakie mi się porobiły zmarszczki! A niech to! – zdenerwował się szczypiąc wolną ręką kurze łapki w kącikach oczu. – Wszystko przez to ciągłe siedzenie w zamkniętej przestrzeni. Bez słońca i powietrza! No, tragedia! Tra-ge-dia! Jak ja się ludziom na oczy pokażę?! Nie, no przecież wszędzie mam zmarszczki! I ta cera: niezdrowa, ziemista! W takim stanie nie da się spełniać życzeń!

Hej, ty! – Syzyfki ochłonęły po pierwszym szoku i przypomniały o sobie. – Ktoś ty w ogóle jest? – Dżin obdarzył ich zbolałym spojrzeniem znad lusterka. – Jestem dżinem tej lampy. Mogę spełnić wasze życzenia, ale tylko trzy. Tylko nie wiem, czy w ogóle mam jeszcze moc przez te zmarszczki? – usta wykrzywiły mu się w podkówkę, niebezpiecznie zadrżała broda, a oczy pełne łez skierowały się znów do lusterka. – Jakie życzenie może spełnić dżin o takiej ziemistej cerze?
Ty, dżin, daj spokój, nie becz! – zawołały Syzyfki, które w gruncie rzeczy miały dobre serca, a widok łez rozklejał je całkowicie. – Zaraz przewietrzymy ci tę lampę i przyniesiemy trochę kremu od Marzenki. Ona ma całe mnóstwo kosmetyków, wciąż czymś się pacykuje! Wyśpisz się i będziesz nówka nieśmigana!

Jak powiedziały, tak i zrobiły: jeden wziął się energicznie za wietrzenie lampy – zdjął pokrywkę, znalazł w kącie jakąś szmatkę i za jej pomocą energicznie napędzał świeże powietrze do lampy. Drugi pobiegł pędem do komnatki Marzenki po krem. Wpadłszy tam zobaczył tyle słoiczków i tubek, że złapał się za głowę. Czasu na zastanawianie nie było: złapał pierwszy lepszy pojemnik i pognał z powrotem do dżina. Dżin nasmarował się natychmiast białą lepką mazią i odetchnął z ulgą. – Już czuję jak działa ten krem. Z pewnością jest odżywczy. A może bardziej nawilżający. Nie, nie, jednak bardziej odżywczy. Czuję przypływ nowych sił! Dziękuję wam, moi przyjaciele!

Ty, dżin, a skąd ty się tu właściwie wziąłeś, co? – zapytał ciekawie pierwszy Syzyfek, usadowiwszy się wygodnie na zydlu. – Noooo… – potwierdził drugi.
Och, ja tu jestem od zawsze! – westchnął dżin. – Należałem niegdyś do wielkiego maga. Mieszkał tu, w tej komnacie. Te wszystkie słoiki i aparaty należały właśnie do niego. I wiecie co? On tu dalej jest!
Tu? Gdzie? Jak to? – zdumiały się krasnale. – Przecież oprócz nas nikogo tu nie ma!
A właśnie, że jest! – dżin uśmiechnął się triumfująco. – Rozejrzyjcie się dobrze!

Krasnale bacznie się rozglądały, ale nigdzie nie było widać wielkiego maga. – Tu jest! – dżin sięgnął na najbliższą półkę i wziął do ręki niewielką butelkę. Syzyfki ze zdumieniem stwierdziły, że na dnie butelki siedzi po turecku mały człowieczek. Miał na sobie długą czarną szatę i dziwaczne czarne nakrycie głowy. – To ma być wielki mag? – krasnale uśmiechnęły się z niedowierzaniem – Przecież on jest mniejszy od krasnala!

Och, niech was nie zwiedzie jego rozmiar – powiedział dżin. – Choć jest taki malutki to w dalszym ciągu bardzo niebezpieczny czarnoksiężnik. Swego czasu był to bardzo złośliwy i wredny jegomość, co wszystkim robił na złość. Ale mieszkańcy miasta się skrzyknęli, zastawili na niego pułapkę i nabili w butelkę. Popatrzcie, teraz siedzi spokojnie, może nawet śpi. Ale czasem budzi się, złości i miota zaklęcia, które odbijają się od ścianek butelki i trafiają w niego samego. Jak się zmęczy to znowu zasypia. Oczywiście mógłbym odkorkować butelkę i uwolnić maga, ale tego nie zrobię, bo był kiedyś dla mnie ogromnie niemiły – dżin upajał się poczuciem władzy.  – No, ale w sumie to dzięki niemu mogę spełniać życzenia…
No, włacha, co z tymi życzeniami? – ochoczo podchwyciły Syzyfki.
Mogę spełnić wasze trzy życzenia, ale tylko trzy. Musicie się więc dobrze zastanowić zanim je wypowiecie. No to słucham! Pierwsze życzenie! – dżin podparł się pod boki z zadowoleniem obserwując zaskoczone miny krasnali.

Syzyfki odeszły w kąt, by się naradzić. Długo nie mogły dojść do porozumienia, bo ciężko jest wybrać tylko jednego psikusa z całej listy planowanych żartów. Obietnica dana Papie Krasnalowi całkowicie poszła w zapomnienie; prawie doszło do bijatyki, zaczęły się popychać i ciągnąć za nosy, aż w końcu podjęły męską decyzję.

Naszym życzeniem jest, aby jeden z kamieni na bruku wrocławskiego rynku zaczarować tak, że każdy kto na niego nastąpi, wywróci się i plaśnie o ziemię – wyrecytowały zgodnie.
Ok, zrobione – powiedział dżin.

Syzyfki wypadły z komnaty i pędem pognały na powierzchnię, by zobaczyć jak działa ich życzenie. Zaczarowany kamień zobaczyły z daleka; trwała przecież Europa na widelcu i mnóstwo ludzi kręciło się po rynku. W jednym miejscu co chwilę ktoś był znienacka wyrzucany w górę i ryms! Na pośladki.

Syzyfki miały wielką radochę. Tarzały się ze śmiechu i zgodnie uznały, że to fantastyczna zabawa. Po jakimś czasie jednak obserwowanie wywracających się przechodniów znudziło się psotnikom i postanowiły wrócić do dżina z następnym życzeniem. Tym razem chciały, żeby ożyły kamienne rzeźby na kamieniczkach wokół rynku i zaczęły straszyć mieszkańców.

W porzo – powiedział dżin. – Spełniam zatem wasze drugie życzenie.

Krasnale pędem wróciły na rynek, wdrapały się na gzyms okna na pierwszym piętrze kamienicy Pod Gryfami i rozsiadły wygodnie, aby mieć dobry widok. Oj, co to się działo na wrocławskim rynku! Kamienne rzeźby ożyły i straszyły przechodniów. Panował zgiełk nie do opisania! Syzyfki wierciły się, rechotały głośno; mało brakowało, a spadłyby ze swojego punktu obserwacyjnego na gzymsie.

Aż tu nagle… jedno kamienne łapsko złapało jednego Syzyfka, a drugie – drugiego. Obaj tak się wystraszyli, że zaczęli wrzeszczeć w niebogłosy. Wielkie kamienne gryfy ze złośliwymi oczkami trzymały ich w swoich łapach, a z nozdrzy zaczynały puszczać dymek…

Bardzo wam dziękujemy za tę szczęśliwą okoliczność – wysyczał jeden.
Tak, tak – potaknął drugi – miło się ocknąć z kamiennego snu. Głodny jezdem.
Nie mówi się jezdem – zbeształ go pierwszy. – W ogóle nie mówi się przy jedzeniu.
Tak, tak – kiwnął głową drugi. – Krasnale je się w ciszy…

Do głów Syzyfów zaczęły się zbliżać szeroko rozwarte dzioby pełne ostrych jak brzytwy zębisków. Krasnale podniosły wrzask, jakiego w całej historii miasta jeszcze nie słyszano. Zaczęły wierzgać nogami i wyrywać się z całych sił. Nagle trrach! I drugie trrach! Pękły im kubraki na grzbietach; krasnale wysunęły się z łap gryfów i gruchnęły na bruk.

Przerażone, nawet nie zauważyły, że się potłukły. Zerwawszy się na równe nogi, zaczęły uciekać. Biegną, a tu nagle brrygh! Nadepnęły na zaczarowany kamień wywracający przechodniów. Poszybowały w górę i rymsnęły na ziemię jak długie kilka metrów dalej. Oj, boleśnie odczuły upadek. Gdy się odwróciły zobaczyły, że gryfy trzęsą się ze śmiechu trzymając się łapami za potężne brzuszyska. Potem gady wystartowały w powietrze, zatoczyły kółko i dawaj pikować w stronę leżących krasnali.

Te kwiknęły ze strachu, a potem zerwały się na równe nogi i rzuciły się do ucieczki. Na szczęście wejście do Podziemnego Świata Krasnali było bardzo blisko. Krasnale czmychnęły do bramy w ostatniej chwili zdążając przed twardymi dziobami kamiennych gryfów. A za ich plecami na rynku panował sądny dzień: ludzie, zwierzęta i krasnale uciekali i kryli się, gdzie kto mógł, a kamienne rzeźby biegały w amoku i straszyły kogo się dało, również siebie nawzajem.

Syzyfki oglądały to wszystko ze swojej bezpiecznej kryjówki i były coraz bardziej przerażone. To co wydawało się być świetnym żartem, teraz przerodziło się w pandemonium! Nagle przypomniała im się obietnica złożona Papie Krasnalowi. Cóż, nie wyglądało to różowo. Nie pozostawało nic innego, jak tylko pobiec do dżina i odwołać wszystkie te głupie życzenia! Krasnale popędziły więc do tajemnej komnaty. Wpadły tam z impetem, złapały lampę i zaczęły ją energicznie pocierać. Ale nikt się nie pokazał. Syzyfki przeraziły się nie na żarty, zaczęły pocierać lampę jeszcze intensywniej i krzyczeć: – Dżinie, dżinie!

Z głębi lampy dobiegł wkurzony głos: – Idźcie sobie złośliwcy! Nie będę z wami rozmawiał!
Krasnale ogarnęła panika. – Prosimy cię dżinie, wyjdź i pomóż nam!
Z głębi lampy dobiegło opryskliwe: – Nie! Już nigdy nikomu się nie pokażę!
Ale dlaczego? Co się stało?
Nie wierzę, że nie wiecie, wstrętne złośliwe smyki! – z lampy wyłonił się wierzch dżinowej czaszki. – Specjalnie daliście mi jakiś stary krem, a ja jestem alergikiem! Przez was cała moja twarz jest w kępkach sierści! Nikomu się na oczy nie pokażę! Koniec z życzeniami! Słyszycie? Koniec!

Przerażenie krasnali sięgnęło zenitu. Tylko dżin może odwołać to całe zamieszanie, które powstało wskutek ich nieprzemyślanych życzeń. Ale co będzie, jeśli  nie zgodzi się na współpracę? Syzyfki chwilę naradzały się ze sobą.

Dżinie, wyjdź, mamy pomysł. Pomożemy sobie nawzajem. Ty odwołasz nasze głupie życzenia, a my przyniesiemy ci lekarstwo. Ogrodnik uprawia w swoim ogrodzie różne zioła. Poprosimy go, a on zrobi dla ciebie maść leczniczą!
Naprawdę? – z lampy nieśmiało wychynął kawałek twarzy dżina. Oczy miał lekko ponad poziomem ceramiki. Pomiędzy gładko zaczesanymi włosami a idealnie wyregulowanymi brwiami znajdowało się czoło pokryte małymi kępkami ciemnych włosów.

Tak, tak! – z zapałem zapewniły Syzyfki. – Wszystko przez te E, które się teraz dodaje do wszystkich kosmetyków. To one winne! Nie my! Myśmy chcieli dobrze! I aromat identyczny z naturalnym! I kolor identyczny też!
No dobra – powiedział dżin. – Spróbujemy. Ale jak mnie wystawicie do wiatru, to uwolnię maga z butelki i napuszczę na was. A wtedy to już się nie pozbieracie, jasne?

Krasnale trwożnie spojrzały na półkę, gdzie mag uwięziony w butelce właśnie miał gorsze chwile i miotał sam na siebie zaklęcia wybuchowe.

Dżin wyłonił się cały z lampy. Faktycznie wyglądał okropnie. – Rozumiem, że wasze trzecie życzenie brzmi: odwołać dwa poprzednie. Czy tak? – Krasnale z zapałem potaknęły. Dżin trzykrotnie klasnął w ręce. – Zrobione – powiedział – teraz wasza kolej!

Syzyfki pognały na rynek sprawdzić, czy rzeczywiście nieszczęście zostało zażegnane. Na rynku panował już spokój. Rzeźby wróciły na swoje miejsca; kamień zachowywał się jak gdyby nigdy nie wywrócił żadnego człowieka. Tylko powywracane stragany i biadolenia sprzedawców świadczyły o tym, że coś tu się przed chwilą działo.

Tego samego dnia Syzyfki namówiły Ogrodnika, żeby z hodowanych przez siebie ziół przyrządził leczniczą miksturę i dały ją Dżinowi. Mikstura okazał się być strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko usunęła kępkowate owłosienie, ale też zdecydowanie poprawiła koloryt skóry i wygładziła zmarszczki mimiczne, co wprawiło Dżina w zgoła euforyczny nastrój.

Nastroju tego nie podzielał Papa Krasnal, który w jakiś zupełnie tajemniczy sposób odnalazł Syzyfki ukryte w kazamatach i wyciągnął na powierzchnię. Kara przez niego wymierzona była w ocenie Syzyfów absolutnie nie współmierna do występku. Kategoryczny zakaz grzebania w odpadkach po pikniku. Zaiste – okrutne.

Autorką bajki jest Anatema.