„Dymiące Syzyfki”, czyli krasnalowy prima aprilis

Syzyfki od zawsze postępowały w myśl zasady: dzień bez psikusa to dzień stracony. Ponieważ różnie u nich bywało z polotem, więc do rzadkości należały żarty-majstersztyki; przeważały kawały przeciętne, a i żenada poniżej krytyki też się trafiała.

Co roku jednak Syzyfki niecierpliwie wyczekiwały na prima aprilis, bo choć broiły i wygłupiały się przez wszystkie dni w roku, to w ten jeden dzień mogły to robić bezkarnie – w świetle prawa i tradycji. Przygotowywały się więc bardzo starannie  pamiętając, że doba ma zaledwie 24 godziny i w tym czasie nie tylko trzeba zmieścić jak najwięcej żartów, ale też „obdarować” nimi wszystkich w miarę możliwości po równo.

Na ten rok małe urwisy miały w planach między innymi zamianę tabliczek z nazwami ulic, podmianę kosmetyków krasnalic na przedziwne mikstury własnej produkcji oraz wzbogacenie o środek przeczyszczający piwa lukrecjowego, serwowanego w „Mysiej dziurze”.

Generalnie Syzyfki były niepocieszone, gdyż prima aprilis i śmigus-dyngus wypadały w tym samym dniu, a to oznaczało o połowę mniej zabawy z każdej z tych okazji. To była bardzo niesprzyjająca dla Syzyfów okoliczność; zupełnie tak, jakby urodziny, imieniny i komunia wypadły w Wigilię. Drugą niesprzyjającą okoliczność Syzyfki odnotowały zaraz po przebudzeniu. Okazało się, że nie przestawiły zegarków w związku ze zmianą czasu i zaspały sromotnie.

Trzecia niesprzyjająca okoliczność objawiła się w całym swoim tragizmie, po wyjrzeniu przez okno. Tej nocy spadł śnieg; leżała go na ulicach całkiem spora pokrywa. Do Syzyfków dotarło, że nie będą w stanie odnaleźć sprytnie poukrywanych po całym mieście sikawek ani tym bardziej kurków otwierających dopływ wody! Sprytny ten plan, wymagający wielotygodniowych przygotowań, a także systematycznego „wypożyczania” sprzętu z hipermarketów ogrodniczych, nie może wszak spalić na panewce!

Krasnale rzuciły się więc do drzwi. Te jednak okazały się dokładnie zamknięte. Wielokrotne przekręcanie klucza w zamku tylko upewniło Syzyfki, że drzwi są w jakiś sposób zablokowane od zewnątrz. Dopiero napieranie ze wszystkich sił pozwoliło nieco je uchylić, dzięki czemu krasnale mogły się wymknąć z pokoju. Wystarczyły jednak dwa czy trzy kroki, by… frluusp… poślizgnąć się na porzuconych skórkach od banana i – wykonawszy w powietrzu całkiem zgrabne salta – pacnąć na pośladki.

Zdumione Syzyfki zamarły w pozycji leżącej na dłuższą chwilę. Coś podobnego nigdy wcześniej im się im się nie zdarzyło! Przez moment zakiełkowała im myśl, że może ktoś specjalnie… Ale nie, to przecież niemożliwe! Jeśli ktoś miał prawo w tym mieście do płatania innym psikusów, to tylko Syzyfki! Zerwały się więc na równe nogi i popędziły w miasto. Po drodze spotkały Marzenkę, która poczęstowała ich bardzo apetycznie wyglądającym piszingerem, a następnie szybko znikła w jednej z bocznych uliczek.

Krasnale przez chwilę kontemplowały ciastka, a następnie każdy łakomie wpakował swoje ciastko do buzi w całości. Ale cóż to?! Wafle  jak się później okazało obficie posmarowane wasabi) zaczęły piec w języki ogniem iście piekielnym! Niewiele myśląc Syzyfki popędziły do „Mysiej dziury”, aby jakimś płynem ugasić pieczenie. Karczmarz jakoś dziwnie nie śpieszył się z nalewaniem piwa lukrecjowego do kufli. Gdy już wreszcie podał trunek, Syzyfki duszkiem wychyliły go do dna. Pieczenie natychmiast ustało. Zaraz potem jednak oba Syzyfki dziwnie wybałuszyły oczy, a z ich nosów i uszu zaczął wydzielać się purpurowo-złoty dym!

Całkowitym przypadkiem na miejscu zdarzenia znalazł się reporter „Kuriera Krasnoludzkiego”, który wykonał serię zdjęć, z którymi pognał do redakcji, by przygotować sążnisty artykuł. Poświąteczne wydanie gazety zostało w całości zdominowane opisem przygód Syzyfków, a tytuł na głównej stronie krzyczał wielkimi czerwonymi literami: „Dyrdymusobas Syzyfes! Gremialis sukces prima apriliss!“. W wolnym tłumaczeniu oznaczało to: „Wielkie poskromienie Syzyfków! Sukces wspólnej krasnolodzkiej akcji w prima aprilis!”. Poniżej zamieszczone były zdjęcia dymiących Syzyfków na tle rozchichotanego krasnoludzkiego tłumu oraz trochę tekstu, którego nikt nie czytał z uwagi na zbyt małą czcionkę.

Na samym końcu redaktor pozwolił sobie na wytłuszczoną (dosłownie i w przenośni) pointę: „Święta Wielkanocne Są Jak Makowiec, Więc Cieszmy Się Wspólnie”. Pointa ta miała się nijak do reszty artykułu, ale dziennikarz był z niej ogromnie dumny.

Syzyfki długo jeszcze nie mogły spać spokojnie, dręczone przez senne koszmary. Przez jakiś czas przemieszczały się chyłkiem po mieście, nie mając odwagi stanąć twarzą w twarz z innymi krasnalami i narazić się na kolejne salwy śmiechu współbraci, pamiętających ten straszny prima aprilis AD 2013. Słowem – na jakiś czas brać krasnoludzka miała spokój i mogła czuć się bezpieczna od dowcipów Syzyfków. Była to cisza przed burzą, o czym przekonacie się już niedługo…

PS.
A gazeta rozeszła się w oka mgnieniu.

Autorką bajki jest Anatema