Bajka: Syzyfki w muzeum

Syzyfki Syzyfki wlepiały ślipka w obraz.

– Jak dla mnie to dużo szumu o nic – prychnął pierwszy. – Ten facet w ogóle nie przypomina krasnala. Broda niby jest, ale mikrutka. Rybak jak rybak – nie ma się czym ekscytować.

– Nooo… – potwierdził drugi Syzyfek.

– Nawet jakbyśmy go zwędzili to przecież nie powiesimy tego bazgroła w naszej norce – kontynuował pierwszy Syzyfek. – Brzydkie to i smutne takie. Kreacjusz by lepiej nabazgrolił!

Tu oba krasnale zarechotały radośnie. Nie musiały się obawiać, że ktoś je usłyszy. Był środek nocy, w muzeum były same. Obróciły się na pięcie i – wzgardziwszy Wyczółkowskim – udały się na obchód sal muzealnych. Tu i ówdzie zatrzymały się na chwilkę i przyświecając sobie ogarkiem oglądały eksponaty.

Z chwili na chwilę ich rozczarowanie rosło. Tyle słyszały na mieście o tej wystawie, że obrazy niesamowite, że barwy, palety, kompozycje… I że wszystko z prywatnej kolekcji, i dużo warte. A tu co? Jajco! Wyjąwszy kilka martwych natur, z których chciały zwędzić owoce, żadne płótno nie przypadło im do gustu. Nie było tu nic, czym chciałyby ozdobić swoją norkę, i nic, co według nich nadawałoby się na szaber.

– Poracha – westchnął pierwszy Syzyfek szurając mesztami po śliskiej podłodze. – Po pijaku ostatecznie moglibyśmy podwędzić jaką gołą kobiełkę. Ale na trzeźwo to one som za chude. Że też nie ma tu aktu porządnej krasnalicy! Takiej, co to ma na czym usiąść i czym oddychać!

– Noooo… – drugi krasnal przytaknął siłą rozpędu, bo nie bardzo wiedział, co porządne krasnale widzą w babach. Ot, zawracanie głowy.

Dreptali tak obaj, rozglądając się na boki i komentując z rzadka. Wtem zahamowali tak gwałtownie, że płomyk ogarka nie zorientował się i poszedł kilka kroków dalej.

– Ty, pa! – szepnął pierwszy Syzyfek, podnosząc do góry światło, które speszone wróciło migusiem na swoje miejsce.

– Ja cieeee… – drugiemu krasnalowi z wrażenia aż odjęło dech w piersi.

Przed nimi, na postumencie, znajdowała się niezwykła rzeźba. Dwóch muskularnych mężczyzn tkwiło w nieprawdopodobnej fizycznej równowadze, mając złączone po jednej stopie i trzymając się na wyciągnięcie ręki. Mieli wydęte policzki, rozwiane włosy i wirowali w szaleńczym tańcu, który siłą odśrodkową odrzucał ich ciała na zewnątrz. Wir, który tworzyli obracając się, miał taką moc, że wyrwał z postumentu stożek materiału. Bogowie wiatru, zajęci wzbudzaniem podmuchu, nie baczący na nic wokół. Syzyfki poczuły na policzkach ulotny ruch powietrza, wrażenie muśnięcia zaledwie, towarzyszące szalonemu obrotowi.

– Ale czad! – wyszeptał pierwszy krasnal. – No, tego żeśmy jeszcze nie próbowali…

– Nooo… – potaknął drugi, wciąż gapiąc się szeroko otwartymi oczami na rzeźbę.

– Ej, no to dawaj! – rzucił Syzyfek – prowodyr. – Zrobimy taki wir, że hej!

– Nooo…

Syzyfki, wzorując się na rzeźbie, ustawiły się jeden przy drugim, dotknęły bokami i zahaczyły prawymi rękami zgiętymi w łokciach. Następnie każdy z nich pochylił się nieco do przodu w przeciwnych do siebie kierunkach i uniósł lewą nogę nieco w górę. Po kilku nieudanych próbach i bolesnych upadkach na parkiet, udało im się w końcu utrzymać równowagę. Sapiąc i stękając podjęły pierwszą próbę wspólnego obrotu. Nie było to łatwe, ale udało się. Zachęcone Syzyfki, stojąc na jednej nodze każdy i pomagając sobie drugą nogą i wolną ręką, zaczęły obracać się coraz szybciej i szybciej. Na nieszczęście jeden z nich wciąż trzymał w dłoni zapaloną świeczkę, którą powinien był odstawić gdzieś w bezpieczne miejsce, lecz tego nie zrobił…

W pewnym momencie świeczka wyśliznęła się Syzyfkowi z ręki i rzucona wielką siłą odśrodkową poszybowała w nieznanym kierunku, uderzając ostatecznie w coś z nieprzyjemnym, głośnym plaśnięciem. Syzyfki zatrzymały się speszone, bo zgasło jedyne źródło światła, jakim dysponowały.

– O, cholera – jęknął jeden z nich świadom, że mogło się wydarzyć coś, czego nie planowali. – Lepiej spadajmy stąd!

– Nooo… – zgodził się drugi.

Tupot małych stóp obwieścił światu, że Syzyfki zmieniły miejsce pobytu.

Następnego ranka kustosz, przyszedłszy do pracy, zdziwił się niezmiernie. Nie dość, że na płótnie Makowskiego jednej z postaci przybył całkiem zgrabny nos, to jeszcze wisząca po sąsiedzku „Kobieta w niebieskim szalu” siedziała zgięta w pół, trzymając się oburącz za brzuch. Zupełnie, jakby ją bolał od śmiechu…

autorka: Anathema