Bajka o Życzliwku, miłości i niespotykanym zapachu

Tego dnia Życzliwek obudził się rześki i w doskonałym nastroju. Było to o tyle dziwne, że zimą zawsze miał problemy ze wstawaniem. Nie to, żeby bajdurzył w nocy, czytał do późna czy przesiadywał w karczmie; po prostu był senny i już. Jako się rzekło – wstał, przeciągnął się i głęboko odetchnął całą swoją krasnoludzką piersią. Coś połechtało dziwnie jego nozdrza. Zdumiony wciągnął powietrze ponownie. I jeszcze raz. To był zapach, którego nie znał. Woń dziwna, lecz miła. Słodko-ciepło-wiosenno-mdława, jednak z odrobiną świeżości, przyjemnie przejmująca do szpiku kości. „Hmm, dziwne…” – pomyślał Życzliwek. „Co też to takiego może być? Cukrowni przecież już nie ma…”. Zadumany poczochrał się po brodzie, co mu zawsze bardzo pomagało w myśleniu i postanowił udać się na naradę do Bibliofila. Bibliofil to najbardziej oczytany krasnal w mieście. Zawsze powtarza, że w książkach można znaleźć odpowiedź na każde pytanie, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. „Pewnie ma jakieś książki o zapachach, leksykon albo inną broszurkę” – pomyślał Życzliwek. I wyruszył w drogę do Bibliofila.

Słońce było już wysoko na niebie, gdy Życzliwek drepcząc swoimi małymi stopami szedł przez rynek. W świeżym śnieżnym puchu zostawiał śmieszne ślady rozklapanych bucików. Po drodze mijał wielu ludzi. Ten i ów go pozdrowił, jako że znana to postać w mieście i ceniona ogromnie. Im dłużej szedł, tym baczniej przyglądał się ludziom, którzy dziś wydali mu się jacyś inni. Czy to bardziej się  uśmiechali, czy częściej przytulali do siebie; coś było inaczej. „Boże Narodzenie – nie…,  Sylwester – nie…, ki diabeł…?” – wyliczał pod nosem potencjalne okazje takiego ludzkiego zachowania. „A może to ten zapach? Przedziwna sprawa”. Tak się nad tym wszystkim zadumał, że dwa razy pomylił drogę i skręcił w niewłaściwą uliczkę.

Bibliofila zastał jak zawsze siedzącego na progu i pochylonego nad książką. „Bradykowora” – pozdrowił grzecznie. „Ano brykowarda” – odpowiedział Bibliofil, co w prastarym krasnoludzkim dialekcie oznaczało mniej więcej: „Powitanie dobrodziejowi” oraz „Niech i Tobie dzień obfituje w muchy”. Po tej wymianie uprzejmości Życzliwek dosiadł się do Bibliofila i chwilę trwali w milczeniu. „Bibliofilu, dziś rano stało się coś dziwnego” – zagaił w końcu Życzliwek. „Rano, gdy się obudziłem, poczułem w powietrzu taki dziwny zapach. Jesteś taki oczytany, wiesz masę rzeczy, powiedz, co to takiego może być?”.

„Jaki zapach?” – zainteresował się Bibliofil. „Dziwny” – powtórzył Życzliwek. „Nie umiem go nazwać.  Miły taki. Zastanawiam się, czy może Marzenka zmieniła perfumy, albo Kierownik i Ogrodnik czegoś nie zmalowali. Całymi dniami coś robią z tymi swoimi roślinami i potem ciągnie po rynku melisą albo koprem włoskim.”

„No fakt.” – przyznał Bibliofil. „Ejże, a gdzie masz swój nieodłączny kwiatek, Życzliwku?”

„O masz ci los!” – Życzliwek dopiero teraz zauważył, że całą drogę do Bibliofila pokonał z pustymi rękami! Machał nimi zawzięcie, tak zawzięcie i z taką frajdą, że nie zauważył, że są puste! „To przez ten zapach… całkiem zgłupiałem! Całkiem!” – mówiąc to załamał ręce.

„Acha… acha…” – zamyślił się Bibliofil. „Idąc tu mijałeś po drodze jakiś ludzi?” – spytał po chwili. „I owszem.” – przytaknął Życzliwek. „I nawet tacy jakby odmienieni mi się wydali. Sam nie wiem jak to nazwać…” – Życzliwek z zakłopotaniem poczochrał się po brodzie.

„Uśmiechali się do siebie?” – przyszedł mu z pomocą Bibliofil – „Obejmowali się?”

„Tak, tak właśnie!” – ucieszył się Życzliwek i zaklaskał w ręce.

„No to ja już wiem, co to za zapach dziś cię napadł.” – roześmiał się Bibliofil. – „Mamy 14 lutego. To zapach Walentynek.”

Autorką bajki jest Anatema